Akaom.pl

Cierpliwość w nauce oszczędzania

Oto mój pierwszy wpis na blogu w 2020 roku. Czyniąc to, spełniam moje noworoczne postanowienie i patrząc na narzucony sobie plan minimum, zostało jeszcze 11 artykułów 🙂 Nową publikacją wpisuję się w temat oszczędzania, ale też mocno odnoszę się do nauki czekania, bo dla mnie to 2w1, a jego tytuł brzmi: „Cierpliwość w nauce oszczędzania”. Nie ukrywam, czuję ekscytację i niepewność; czy przeczytasz… jak ocenisz… czy wyłapiesz moje błędy językowe 😀 ? Daj znać, proszę :).

We współczesnym świecie nie ma miejsca na czekanie. Reklamy śpiewająco utrwalają w nas przekonanie: „Działaj już!”, niekiedy krzyczą: „Teraz, teraz!” albo podśpiewują: „Mam plan, wykonam go”. Niby miłe i przyjemne, ale w środku drażni, bo jak w takim razie stanąć w opozycji i ćwiczyć cierpliwość, oszczędzanie i spokojne obchodzenie się z pieniędzmi? Dzisiaj niemal wszystko jest na <klik>, wszelkie informacje (dobra i zła) są na wyciągnięcie ręki. Bez czekania. Choćby wiedza, którą wystarczy wygooglować, a nie jak kiedyś pójść do biblioteki, czasami uprzednio jeszcze zapisać się na książkę i dopiero po kilku dniach cieszyć się dostępem do lektury. Lub coś, czego wielu z nas być może już nie pamięta, a co się przecież tak lubiło – to oczekiwanie na wywołanie zdjęć, by je zobaczyć. To było niesamowite, wrócić z wakacji z kilkoma kliszami, odczekać dłuższą chwilę i dopiero zobaczyć fotografię. Sama często wydawałam na wyjeździe ostatni grosz i musiałam znowu zaoszczędzić, by móc zlecić wywołanie zdjęć. Dziś już tak nie robimy i wcale nie neguję postępu, ale jak w takich warunkach kształtować odkładanie satysfakcji na później? A może to nie ma sensu? Jak dziecko ma pojąć, że aby mogło sobie coś kupić, to powinno czekać? Ty nie czekasz, nie musisz. Masz kartę kredytową, a ono jest za małe, by ją mieć. Czy tylko dzieci tak często bardzo pragną chwilowej bezwartościowej błyskotki? A dorośli już nie?

Szczególnie dobrze można to zaobserwować na wakacyjnych kramach. Wtedy różnica wieku się zatraca. Zarówno my – rodzice, jak i nasza córka chętnie przepuszczamy tam swoje uciułane złotówki. Pozwalamy sobie na to, bo ciężko zaciągnąć hamulec na lody włoskie, potem tajskie
i kolejno kawkę z lodami. Pozwalamy też na to córce, by po kilku dniach mogła się przekonać, czy dobrze wydała swoje pieniądze na jeszcze jeden magnes na lodówkę, cekinową opaskę na włosy, plecione warkoczyki, itd . Chociaż zawsze prosimy, by zechciała przemyśleć i wrócić jutro, gdy się prześpi z tą zakupową decyzją, to niespecjalnie stoimy oporem przed tymi zakupami. Ostatecznie to ona podejmuje decyzję. Tak jak i my. Ale uwielbiam (niejednokrotnie zadowolenie przychodzi
z czasem) te zakupy, kiedy trzeba zaczekać, bo np. kolejka taaaakaaa długa i wówczas odkładamy chęć spontanicznego zakupu na później albo finalnie rezygnujemy. Nawet gdy czekanie jest wymuszone czynnikiem zewnętrznym, to tylko wspiera świadomy proces decyzyjny. Czy ja tego naprawdę chcę? Potrzebuję? Czy to ta kolejka napędziła dodatkowy apetyt? Gdy przeczekamy, lody smakują lepiej 🙂

A teraz inny przykład, bo chcę dać motywację do nauki cierpliwości, która jest nieodzownym elementem sztuki oszczędzania. Odejdę celowo od pieniędzy i nawiążę do stanu chorobowego
i gorączkowania – wiem, powinnam to skorygować, bo zaraz napiszesz w komentarzu, że gorączka to nie choroba, ale objaw walki organizmu z wirusem. Zgadzam się. Właśnie przy okazji gorączkowania moich dzieci też uczę się cierpliwości. Próbuję w spokoju zaczekać, gdy na termometrze nastąpi zdecydowane przekroczenie 38 stopni (często, gdy widzę, że pacjentka jest znośna w tym oczekiwaniu, to przeciągam dłużej, aż osiągnie np. 38,5), by podać coś, co zbije rosnącą temperaturę. W tym przypadku mam świadomość , że gdy temperatura ciała rośnie, to wytwarzają się przeciwciała, które pomogą w wyjściu z choroby. Więc czekam. Po co mam szkodzić swoim szybkim działaniem przeciwgorączkowym? Podobnie jest z wydawaniem pieniędzy, chyba też lubisz czekać na wyprzedaże? Osobiście lubię doświadczyć takiej oszczędności, gdy najpierw stworzę listę zakupów (to, czego potrzebujemy), potem znajdę to, co chcemy mieć (z tej listy) i kolejno kupię z rabatem. Takie działanie daje mnóstwo zadowolenia.

To dlaczego czekanie jest dla dzieci takie trudne? Według mnie głównym powodem jest to, że one naprawdę rzadko kiedy mają okazję doświadczenia odroczonej gratyfikacji. Spójrzmy choćby na możliwość oglądania bajki dla dzieci. My rodzice (zakładam, że czytający reprezentują pokolenie wychowywane bez Internetu, telewizji kablowej i wideo) czekaliśmy do godziny 19.00 na dobranockę. Dzisiaj masz od ręki, jaką chcesz, ile chcesz i jak chcesz.

I ostatni przykład, który pokaże, jaką to jestem jednak wyrodną mamą. Choć proszę, przeczytaj do końca uzasadnienie, to może nie ocenisz mnie jak największego sknerusa.

Jestem mamą pierwszoklasistki, która za własne (uzbierane) pieniądze kupiła sobie tornister do szkoły. Długo zbierała fundusze (dla 7-latki trzy miesiące to szmat czasu) i tak ochoczo szykowała się do rozpoczęcia edukacji szkolnej, że niemal codziennie, przez 3 tygodnie, szukałyśmy pięknego tornistra. Sierpień spędziłyśmy chodząc i oglądając w różnych miejscach tornistry i plecaki.
W zasadzie, to po drugim odwiedzonym sklepie i przejrzeniu ofert w Internecie, moja córka była zdecydowana – fioletowy z księżniczką. Ale odczekałyśmy jeszcze ponad dwa tygodnie, by dokonać finalizacji sprawy. W dniu zakupu córka bardzo chciała zrealizować zakup ze swoich pieniędzy. To była znaczna kwota jej oszczędności. Pozwoliłam jej na to, bo kierowała mną chęć, by dzięki temu miała możliwość w pełni doświadczyć odpowiedzialności za swój wybór. Trochę przezornie też pomyślałam, że może dzięki temu nie minie jej tak szybko chęć noszenia samodzielnie wybranego i kupionego tornistra. A nade wszystko miałam nadzieję, że o tornister kupiony „za własne” będzie bardziej dbała. Nie pomyliłam się. Jest dumna z takiego obrotu sprawy.

Muszę dodać, że niestety zdarza się, że dziadkowie radośnie psują to wszystko swoimi spontanicznymi wybuchami hojności i zwracają wydaną kasiorkę. Na szczęście za tornister (bo odpowiednio wcześnie wytłumaczyłam im moje przesłanki) nie zwrócili. Odwieczne prawo dziadków do rozpieszczania też akceptuję, choć po tym zakupie sami widzą, że z tego szykowania się do szkoły wyszła naprawdę mądra nauka.

Kończąc, wrócę do postanowień noworocznych, bo zasiadając do spisania tych moich myśli, przebijała mi się taka refleksja – postanowienia noworoczne to straszna rzecz 😉 Jest końcówka stycznia, a my mamy tendencję do tego, by większość spraw, które sobie obiecywaliśmy, odłożyć na następny. To naturalne, że nie wystarczy przywitać Nowy Rok, trzeba jeszcze wyrobić nowe nawyki, by nowy nie był jak stary. Ja pracuję nad tym, by pisać więcej, częściej się dzielić swoimi przemyśleniami lub prezentować swój sposób na edukację finansową. Jeśli wśród Twoich postanowień jest poszerzanie wiedzy z zakresu finansów, to daj znać (może jakiś komentarz, like), będzie mi łatwiej wytrwać w moim postanowieniu regularnych publikacji w 2020 roku.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *